
Postanowiłem jednak napisać o moniuszkowskiej Halce. Wspominałem
kiedyś o tym, iż jest to zdecydowanie moja operowa faworytka tegoż kompozytora.
Dramatyczna, wzruszająca i niesamowicie melodyjna! Uwspółcześnioną wersję chciał tym razem
pokazać Teatr Wielki Opera Narodowa, ogłaszając zerwanie z "sumiastym wąsem" i folklorem.
Trzeba przyznać, że wyzwanie było ogromne. Liczne pokłady odwagi w
ekipie były jak najbardziej wskazane, wręcz wymagane. Moim skromnym zdaniem
reżyserka - Natalia Korczakowska poradziła sobie z tym zadaniem (choć zdaję sobie sprawę z tego, że ilość zwolenników tego przedstawienia jest pewnie mniejsza niż przeciwników). Spektakl w zasadzie był spójny i logiczny
(choć zdarzały się pewne sprzeczne potknięcia). Nie uniknięto też przeładowania opery licznymi metaforami. Tarzający się Jontek w ziemi
jako ten pochodzący z nizin społecznych, czy śpiąca grupa nieruchomych,
giewontowskich rycerzy. Do tego rolkarze, misie z Krupówek, faun, a wszystko to
na torze rolkowym wśród biedoty wiejskiej, no i „matrixowski” wiejski kościółek
. Za dużo szczęścia na raz.
Świat Janusza i Zofii ukazany został w białym, sterylnie
czystym i higienicznym wnętrzu wśród
rzędów białych płytek łazienkowo-kuchennych. Motyw „czystości”, swoistej
niedostępności klas wyższych dla pospólstwa został spotęgowany sceną, kiedy to Janusz
rozmawiając z Jontkiem z obrzydzenia wycierał sobie obsesyjne dłonie
chusteczkami. Jednak jak słusznie zauważył mój znajomy – jak w takim razie
Janusz uwiódł Halkę, którą de facto się brzydził? Pochodziła przecież z tej samej
grupy społecznej co Jontek.
Cudowną Halką była Wioletta Chodowicz - wzruszająca od
pierwszych dźwięków do samego końca, choć aktorsko bywało różnie. Genialny pod względem śpiewu Jontek w
postaci Rafała Bartmińskiego, który podczas mojego pierwszego
spektaklu z powodu choroby tylko błąkał się po scenie z wymuszoną miną cierpiętnika
(śpiewał wówczas wprost z kanału orkiestrowego Tadeusz Szlenkier, do którego niestety nie mogę się przekonać). Bardzo
dobry i wiarygodny Janusz (Artur Ruciński) wraz z uroczą Zofią (Małgorzatą
Pańko, choć nie zawsze słyszalną, a
szkoda! ) dopełniali dostatnio pod dyrekcją świetnego Łukasza Borowicza poziom
spektaklu.
Mazur był, a jakże, były i tańce góralskie podczas których dziewięćdziesiąt procent publiczności dygała sobie kolankami w rytm muzyki. Wszystko to bajecznie wytańczone
przez Polski Balet Narodowy, (choć podobno mazur zatańczony bez pas de marche
czyli charakterystycznego kroku dla tego właśnie tańca). Było to niezwykle przyjemne
dla oka i ucha (w przeciwieństwie do wersji wrocławskiej). Ciekawym zabiegiem kostiumowym było połączenie elementu sarmackiego - pasa kontuszowego wraz ze współczesnym smokingiem. Humorystycznym
akcentem natomiast była dyskotekowa panienka-turystka (całkiem niesłusznie nazwana w niektórych recenzjach
tirówką), która w ferworze zabawy i radości dołącza
do układu choreograficznego górali.
Na zakończenie mała ciekawostka: Halka nie utonęła, choć uparcie tak chór twierdził. Anielski pocałunek
śmierci załatwił sprawę. Jakiś pomysł w tym był, czy dobry? Do dzisiaj tego nie
potrafię ocenić.
źródło fotografii: http://www.teatrwielki.pl/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz